Wernisaż wystawy Magdaleny Karpińskiej „Muzyka na atak paniki”
Jedną z inspiracji dla najnowszego cyklu malarskiego Magdaleny Karpińskiej jest tarantyzm jako zjawisko kulturowe i terapeutyczne z południowych Włoch, głównie z Apulii, a którego początki odnajdujemy w średniowieczu. W okolicy żniw, czyli w ścisłej relacji z naturą, włoscy rolnicy, głównie kobiety, przypisywały ukąszeniu przez tarantulę szereg dolegliwości, dla których jedynym lekarstwem był rytualny taniec – rodzaj egzorcyzmu muzyczno – choreograficznego. W rzeczywistości ukąszenie było urojone, a objawy psychosomatyczne. Kobiety cierpiały na depresję. Taniec miał charakter terapeutyczny, stanowił katharsis dla zranionej duszy. Artystka nie maluje samego tańca, ale przemyca jego atrybuty, takie jak zbiornik wodny, w której tańczący przemywali twarz, lustro i cyfrę 4, która odnosi się do muzykujących. Tarantellę wykonywało zwyczajowo 4 muzyków. U Magdaleny Karpińskiej uzdrawiający taniec zastępuje proces malowania. To w nim artystka szuka powrotu do harmonii duszy i ciała.
Być może wszystkie obrazy są portretami tej samej osoby. Cierpiący w ciszy mężczyzna może sobie pozwolić na samotne, nocne spacery, melancholię przy ognisku. Kobieta pielęgnuje jak roślinę nowe życie, jest w trybie walki, zdominowana przez potrzeby zmieniającego się ciała, nie widzimy jej emocji. Oboje mają jednak w pamięci ten sam widok. To on determinuje ich smutek, jest winowajcą ich czasowej traumy i wymuszonej izolacji. Obraz martwej natury „Muzyka na atak paniki” nosi w sobie ciężar trenu dedykowanego bliskiej osobie. Kobiecie grającej na harfie pieśń żałobną towarzyszą płaczki, a nieruchome, lekkie jak jedwab zasłony, przywodzą na myśl ikonografię całunu.
Rozdarcie, niezgoda na trudną rzeczywistość, które przeżywają bohaterowie, mają swój kres. Wyznacza go ostatni obraz cyklu „The Only Way is Through”. Ciężarna kobieta w pozie biblijnej Ewy wyciąga rękę nie do jabłka, lecz do tarantuli. Nie ma wyboru, musi brutalnie odsunąć traumę, by stać się matką. Zrobi to szybciej dzięki magii, czyli oczyszczającego obrządku tarantyzmu lub chwilę później, z pomocą biologii.
Bardzo osobisty, boleśnie szczery charakter tego cyklu ma swoje odzwierciedlenie w formie. Natura na obrazach Magdy Karpińskiej nie rośnie spontanicznie. Każda element, płatek, liść malowane są z wielką precyzją – jak na japońskich rycinach. Artystka przygląda się ich kiełkowaniu, wzrastaniu i przekwitaniu, jakby ich krótki żywot miał przynieść odpowiedź na inne pytania. Ta zaplanowana kontrola nad każdym centymetrem płótna budzi jednocześnie niepokój i fascynację. Jest jak zapis transu, pamiętnik zamkniętych emocji.

